Poznaj odpowiedź dlaczego szkolenia motywacyjne Ci nie pomagają zmienić swego życia

Kilka pytań do Ciebie. Tylko proszę bądź szczery ze sobą!

Rozwijasz się, czytasz, szkolisz, a ciągle drepczesz w miejscu?

Wszystko wiesz, masz, rozumiesz, ale nie masz efektów?

Chodzisz na eventy rozwojowe, jest wielkie WOW, a w tydzień po wszystkim następuje efekt JO-JO, wracasz do punktu wyjścia i nic się nie zmienia?

Jeśli przynajmniej na jedno z tych pytań odpowiedziałeś TAK i chcesz się dowiedzieć dlaczego i poznać sposób, jak przerwać tę złą passę to ten artykuł jest dla Ciebie!

Zapraszam do czytania

Sporo osób, które chcą zmienić swoje życie stwierdza, że brakuje im motywacyjnego kopa i szukają tej inspiracji w różnych szkoleniach i eventach motywacyjnych licząc na to, że ktoś inny wzbudzi w nich dziką chęć do zmiany i działania. Latają z eventu na event, z warsztatu na warsztat, w nadziei, że ktoś pchcnie ich skutecznie i zmotywuje do roboty.

Owszem na tego typu spotkaniach panuje dopingująca, wzniosła, motywacyjna atmosfera, często sa okrzyki, tupanie, skakanie, chodzenie po gorących węglach, skoki przez ognisko, afirmacje etc… Trener często jest prawdziwym showmanem, staje na uszach, daje z siebie wszystko by wzbudzić w uczestnikach dziką motywację i pchnąć ich do działania. Dodatkowo uczestnik dostaje odpowiednie strategie, narzędzia do samodzielnej pracy, całe ,,know-how” i wydawać by się mogło, że to wszystko wystarczy i powinien sobie dalej poradzić i bez problemu wprowadzać zmiany życiowe i realizować swoje cele jeden za drugim.

Podekscytowany Adept wraca do domu z wypiekami na twarzy, naspeedowany pozytywną energią, opowiada znajomym gdzie był, kogo poznał, co przezył, jaka była super atmosfera, jaka wysoka energia i nawet poleca event swoim bliskim mówiąc, że to zmieni ich zycie. Sam sobie obiecuje, że teraz to on się weźmie do roboty i zrobi porządek ze swoim życiem.

Tymczasem kończy się na mówieniu, bo za kilka dni stopniowo energia opada, wchodzi proza życia. Zaczynają pojawiać się wątpliwości, niepewność, odkładanie na później. A to czuje się niegotowy” ,, Za mało umiem. Muszę jeszcze poczytać, posłuchać” ,, Muszę być perfekcyjny, Chyba powinienem odłożyć to na później. Może kupię jeszcze jedną książkę rozwojową?” ,, Boję się. To mi chyba nie wyjdzie” ,, W sumie to od nowego roku się za to wezmę” ,, Ej, do końca jeszcze nie wiem co chcę osiągnąć, na czym mi naprawdę zależy…”

I co się dzieje?

A nic! Działanie nigdy nie nadchodzi, albo brak mu wytrwałości i zapał kończy się po tygodniu lub dwóch równolegle ze spadkiem wypracowanej na szkoleniu motywacji. Nie ma już trenera, nie ma jego grupy, nikt go nie klepie po ramieniu, nikt nie mówi ,, Wierze w Ciebie stary. Uda Ci się’, nie ma już show, krzyków, śpiewów, chodzenia po węglach gorących czy łamania strzały. Jest tylko zwykłe, codzienne życie, dawne lęki, obawy, destrukcyjne nawyki, smutek i nic się nie zmienia.

Nasz bohater wyciaga wnioski, że pewnie trener się nie przyłożył, a może trzeba pójść jeszcze raz lub udać się do innego guru, który na nowo poklepie go po ramieniu, strzeli motywująca mowę, da wspierającego kopa i jak za dotknięciem czarodziejskiej róźdżki rozpali ten wcześniejszy płomień, a najlepiej niech jeszcze zrobi za niego całą robotę.

Niestety kolego tak to nie działa, a wiekszości przypadków ten scenariusz przytrafia się wielu początkującym rozwojowcom.

Przestań wierzyć w bajki, turbometody, magiczne róźdżki, cuda i wianki na kiju!

Rzaden trener, guru, rzadna książka, szkolenie, kurs nie zmieni za Ciebie Twego życia. Owszem może dać Ci chwilową inspirację, motywację, kopa do działania, może dać Ci wiedzę, narzędzia, techniki, jasność umysłu i większą samośiwadomość. I tu się kończy ich rola.

Prawdziwa zmiana musi zajść głęboko w Tobie, na poziomie misji, tożsamości, wartości, przekonań, umiejętności, zachowań, by finalnie objawić się jako zmiana w Twym środowisku życia.

Oczekiwanie cudów po innych ludziach, specjalistach, szkoleniach, książkach, narzędziach, instrukcjach jest niczym innym, jak przerzucaniem odpowiedzialności za siebie na innych, jest pokładaniem całej wiary w produktach, technikach etc…a to nie tak.

Przyjmij wreszcie do wiadomości, że wszystko co Cię spotyka, zarówno dobre, czy złe sam do siebie mniej lub bardziej świadomie przyciągnąłeś za pomocą swoich dominujących myśli, wibracji, przekonań – to prawo synchroniczności.

To jak wygląda obecnie Twoje życie zawodowe, prywatne, relacje, finanse, zdrowie i samopoczucie jest tylko odpowiedzią, skutkiem, rezultatem Twoich wcześniejszych wyborów, podjętych decyzji, sposobów myślenia, strategii działania, Twoich nawyków, zachowań i podświadomych programów wgranych przez Ciebie lub system, środowisko, które z autopilota kierują całym Twoim życiem.

To nic innego jak odwieczne, uniwersalne prawo Wszechświata, prawo przyczyny i skutku, zwane prawem karmy.

Dlatego jeśli nie zmienisz swoich wyznawanych wartości, które są kompasem życiowym, swoich przekonań, które są Twym oprogramowaniem, zbiorem reguł i filtrem percepcyjnym, przez który postrzegasz świat zauważając szanse lub możliwości. Jeśli nie zmienisz swoich zachowań, codziennych nawyków, reakcji emocjonalnych, swoich niekorzystnych sposobów inmterpretowania doświadczeń oraz swoich niewłaściwych reakcji na spotykające Cię doświadczenia to Twoje życie się nie zmieni na lepsze.

Podstawą jest wzięcie pełnej odpowiedzialności za siebie, swoje decyzje, zachowania, słowa, emocje i za to co Cię spotyka. Takie podejście daje wolność, sprawczość i siłę. Owszem nie jest to na początku łatwe, ale jest warte zachodu.

Jeśli  mam być Twoim coachem. Jeśli przychodzisz do mnie po motywacyjnego kopa, jesli chcesz abym dał Ci wiedzę, poszerzył perspektywę, pokazał nowe możliwości, nauczył nowych zachowań, umiejętności, wzmocnił Twoją pewność siebie i nauczył jak radzić sobie z negatywnymi emocjami, niesfornym dialogiem wewnętrznym i złymi nawykami owszem dam Ci to, a nawet jeszcze więcej.

Pomoge Ci odpowiedzieć sobie na najwazniejsze życiowe pytania, na nowo odkryć i rozwinąć Twój potencjał, uświadomić i wzmocnić Twe talenty, mocne strony, zidentyfikować obszary do rozwoju. Nauczę Cię strategii, dostaniesz techniki, narzędzia, know-how, pomogę wygenerować najlepsze sposoby na realizację celu oraz plan działania, krok po kroku. Będziemy mogli łatwo zmierzyć czy i w jakim stopniu, tempie go realizujesz i zmierzasz do konkretnego celu. Będę Ci towarzyszyć w tej podróży z punktu A do punktu B.

Lecz jest pewien mały haczyk tej współpracy!

Nie pozwolę Ci przerzucić odpowiedzialności za Twoje działania i całe życie na mnie. To Twoje życie, Twoje cele, Twoja własna droga, którą Ty musisz przejść, Twoja praca, którą Ty musisz wykonać. Ja tu jestem tylko motywatorem, inspiratorem, katalizatorem zmian, przewodnikiem, instruktorem, Twym cieniem, idealnym zwierciadłem, w którym będziesz mógł zobaczyć siebie, zarówno swoje fajne strony, jak i te na które nie chcesz zwracać uwagi i których świadomość może nie być dla Ciebie przyjemna i moga Cię wkurzać w sobie. Zostanę Twoim Panem Miyagi, jak w starym filmie ,, Legendy Kung-Fu”.

Aby lepiej zobrazować Ci jak powinna rysować się nasza współpraca, gdy zwracasz się do mnie po wsparcie w procesie zmiany życiowej i jak  rozkłada się nasza odpowiedzialność zastosuję pewna metaforę:

Spowiedź instruktora jazdy ,, Mój oporny uczeń Marek”

Marek chce zmienić coś w swym życiu, chce dotrzeć z punktu A, czyli z miejsca, w którym jest obecnie ( sytuacji, która nie daje mu juz satysfakcji i wie, że dłużej już tego nie wytrzyma, wie że najwyższy czas na zmiany na lepsze) i dlatego pragnie dotrzeć do punktu B, czyli określonego miejsca w przyszłości, oddalonego wiele kilometrów stąd.

Wie, że musi odbyć ważną podróż. Pomagam mu określić, gdzie i dlaczego pragnie tam dotrzeć, co mu da to osiagnięcie celu, po czym pozna że się zbliża do niego i że tam już dotarł oraz po czym ja jako jego instruktor będę wiedziała, że sukcesywnie zbliża się do wymarzonego celu podróży.

Klient ma cel podróży, motywację i auto, którym będzie się przemieszczał ( swoje zasoby ), ale jeszcze nie potrafi go prowadzić. Dostał ode mnie narzędzia, strategie, instrukcję użytkowania, przepisy ruchu drogowego. Przećwiczyłem z nim nowe umiejętności oraz przetestowałem jego wiedzę teoretyczną. Nawet zatankowałem i odpaliłem mu auto, by zachęcić do odbycia podróży ( motywacja, inspiracja). 

Na tym zakończyła się moja praca. Klient dostał wszystko co potrzeba ode mnie i pożegnałem się z nim. Powiedziałem, że gdyby czegoś kiedyś potrzebował, miał problem, to może do mnie zadzwonić i w miarę możliwości mu pomogę. Zaznaczyłem jednak, że to on od dziś jest kierowcą, kapitanem swej podróży. Na koniec życzyłem mu szerokiej drogi.

Klient przez dłuższy czas stał podekscytowany i wsłuchiwał się w rytmiczny, jednostajny turkot silnika. Oglądał swoje auto z każdej strony, cieszył się z instrukcji, nawigacji, wiedzy, ale niestety nie usiadł po kursie za kierownicą, bo czuł się niepewny, niegotowy, za mało kompetentny. Postanowił, że jeszcze sobie poczyta kilka razy przepisy i książkę pojazdu, instrukcję użytkownika. Pomyślał sobie ,, Przecież mam już auto, wiedzę, narzędzia, instrukcje więc to tylko kwestia czasu jak ruszę i opanuje świetna jazdę, praktyczne umiejętności. Mogę to odłożyć na pózniej. Potrafił też wątpić, czy napewno chce teraz odbyć tę podróż, bojąc się co przyniesie nieznane i że może dokonać złego wyboru. Auto parkotało dopóki nie skończyło się paliwo ( motywacja), tak więc zrezygnowany poszedł do domu.

Za kilka dni zadzwonił do mnie, że chce abym znowu przyjechał i przywiózł mu kanister paliwa ( motywacji ) i ponownie odpalił mu auto. Obiecał, że teraz już napewno wyruszy w podróż, tylko żebym jeszcze mu wyłożył teorię, bo już zapomniał i nie czuję się gotowy, by praktykować jazdę. Dostał to, co chciał i odpowiednio za to policzyłem. Jednak powiedziałem, że przyjeżdżam do niego już ostatni raz, bo nigdy nie nauczy się odpowiedzialności, nie ruszy z miejsca, nie nastapi zmiana. Jeśli jeszcze raz do mnie się zwróci wezmę od niego za każdym razem dwa razy większą stawkę. Przypomniałem mu o tym, że dostał wiedzę, teorię, instrukcje, przećwiczyliśmy umiejętności, ma własne auto, cel podróży, paliwo, odpaloną stacyjkę więc reszta zależy od niego.

Jestes pewnie ciekaw czy zadzwonił i czy spotkałem się z nim jeszcze raz. Otóż, bardzo długo nie dzwonił. On po prostu wziął sobie do serca swój ambitny cel, uświadomił posiadane zasoby, docenił moją pracę, skorzystał z narzędzi, instrukcji, przepisów ruchu drogowego i umiejętności jakich go nauczyłem.

Usiadł na fotelu, zastosował wiedzę, procedury, zapiął pasy, ustawił lusterka, włączył światła. Nastawił system GPS na cel podróży, zobaczył jaką odległość musi pokonać, szacowany czas podróży jakie ma opcje trasy, jakie mogą być utrudnienia. Chwycił oburącz kierownicę swego Ferrari, wcisnął sprzęgło, wrzucił bieg i ruszył i w miarę podróży nabierał prędkości. Poczuł wiatr we włosach, ekscytację, upajał się podróża, dźwiękiem silnika, pieknymi widokami i osiagami swego auta.

Jakie było moje zdziwienie, gdy zadzwonił do mnie telefon. Odebrałem bo wierzyłem w jego potencjał, że sobie poradzi. Tak, to był Marek. Był niezwykle podekscytowany, podniecony wspaniałą jazdą, swoją odwagą że zaczął, że ruszył i zbliża się do celu. Dzwonił do mnie z podróży i obiecał, że zadzwoni jak dotrze na miejsce.

Tak też się stało. Wieczorem dostałem telefon. Był na miejscu, cały i zdrów, dumny, szczęśliwy w wymarzonym miejscu, gdzie zamierzał zacząć swoje nowe życie. Pogratulowałem mu tego czego dokonał, wyraziłem szczere uznanie i życzyłem szczęścia.

Usiadłem w fotelu na tarasie, wziąłem głęboki oddech, otworzyłem butelkę schłodzonego piwa i z poczuciem dobrze wykonanej roboty, uśmiechnąłem się do siebie spojrzałem na zachodzące słońce. Wyciągnąłem mój granatowy gruby notatnik spotkań z kursantami, przy Marku narysowałem plusik i uśmiechnięta buźkę. Z entuzjazmem przejrzałem mój grafik spotkań z kursantami, mówiąc pod nosem ,, No to jutro pracuję z Magdą „. 

Poczułem, że lubię moja robotę i jest ona dla mnie czymś więcej – moją misją’

Tak więc słowo na koniec:

  • Weź całkowitą odpowiedzialność za swoje życie we własne ręce. Jedyną osobą, która może dokonać zmiany jesteś TY Mój Przyjacielu!
  • Jeśli masz już wiedzę, instrukcje, procedury, narzędzia to zacznij z nich korzystać, wdrażaj wszystko w życie, testuj, praktykuj, bo inaczej nigdy się nic nie nauczysz i nie będzie widocznych konkretnych rezlutatów;
  • Nie czekaj, aż będziesz profesjonalny, gotowy, super przygotowany. Jeśli nie zaczniesz działać to nigdy się taki nie staniesz. Działaj Tu i Teraz, Rób to co możesz, z tym co masz, daj z siebie 150 %;
  • Nie czekaj na idealne warunki, super okoliczności do startu, bo one mogą nigdy nie nadejść, a Ty nigdy nie ruszysz. Liczy się podjęcie działania. Najtrudniejszy jest pierwszy krok, a potem jest juz z górki;
  • Nie patrz na swoje materiały, dyplomy, nie magazynuj ich, nie delektuj się nimi. One sa niewiele warte bez wdrożenia praktyki. Choćbyś miał najlepsze narzędzia, wiedzę, techniki, strategie to one same nic nie zdziałają, jeśli nie zaczniesz ich stosować;
  • Wybierz ambitny, mierzalny, dobrze zwymiarowany cel. Odkryj co wartościowego da Ci dotarcie do niego, abys był zainspirowany, a następnie wpisz go w swój system nawigacji i wciśnij przycisk Start;
  • Siądz wreszcie na fotelu kierowcy, nie czekaj aż skończy się paliwo i auto zgaśnie. Nie po to je odpalałeś. Chwyć oburącz kierownicę i rusz z miejsca. Wciśnij pedał gazu i zachwycaj się podróżą, bo to czasem ona najbardziej uczy.

Szerokiej podróży!!!

Tomasz Kołdrowski – Life&Career Coach

Ps. Jeśli masz, jakieś własne dobre sposoby na trwałą motywację i samodyscyplinę w działaniu to możesz podzielić się tym z czytelnikami w komentarzu poniżej.

Ps2. Jeśli po zastosowaniu rad z mego wpisu udało Ci się dokonać istotnej zmiany i łatwiej osiągać cele to napisz o tym w komentarzu poniżej.

Ps3. Uważasz, że mój artykuł jest wartościowy i chcesz, aby jak najwięcej osób się z nim zapoznało? Czuj się swobodnie, by wcisnąć Like i udostępnić go znajomym na FB, G+ czy Twitter. Dzięki

 

Podziel się na:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blogger.com
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop

O Tomasz Kołdrowski

Tomasz Kołdrowski – Life&Career Coach, Konsultant, Diagnosta talentów.
Prywatnie miłośnik samorozwoju, meloman, pasjonat turystyki górskiej i rowerowej.
Poprzez merytoryczne artykuły, szkolenia, doradztwo i coaching pomagam moim klientom realizować cele życiowe, mądrze kształtować swoja karierę, znajdować balans między życiem prywatnym a zawodowym, inspiruję, motywuję, wspieram w odkryciu misji życiowej i w rozwoju potencjału osobistego.

Jeśli szukasz profesjonalnego wsparcia w realizacji najważniejszych celów prywatnych i zawodowych oraz w przeprowadzaniu fundamentalnych zmian życiowych koniecznie skontaktuj się ze mną i umów się na bezpłatną konsultację.

Forma – rozmowa na skype/tel lub na żywo ( Warszawa )

Czas – 60 minut

Poznamy się, opowiesz mi o swojej sytuacji, problemach, trudnościach, wyzwaniach i marzeniach.
Dokonam diagnozy Twojej sytuacji, pomogę Ci ustalić generalny cel rozwojowy i opracować plan działania. Poznasz mnie, moje podejście, metody i wspólnie pomyślimy nad wizją naszej potencjalnej współpracy.

Napisz używając zakładki Kontakt lub bezpośrednio na maila:

coachingdlaciebie( małpka ) wp.pl

Ten wpis został opublikowany w kategorii Coaching, Samorozwój i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Poznaj odpowiedź dlaczego szkolenia motywacyjne Ci nie pomagają zmienić swego życia

  1. Tompio pisze:

    Szczerą prawdę piszesz. Szkoda jedynie, że w twoim tekście zabrakło kilku ważnych wątków. Być może nie doczytałem lub przoczyłem je, więc z góry proszę o wyrozumiałość.

    Przede wszystkim brakuje informacji, że wszystkie, z małymi wyjątkami, szkolenia są prowadzone według jednego schematu. Mentorem jest ktoś, kto za OGROMNE honorarium klepie w kółko zawsze ten sam, wyuczony tekst o tym, że wyłacznie dzięki swojemu pragnieniu bycia milionerem stał się nim. Rzadko kiedy mówi, w jakiej dziedzinie i i jakimi konkretnymi metodami. Mówiąc inaczej – pierdoli dyrdymały, których ludzie słuchają z zapartym tchem. ZERO KONKRETU, bo konkret jest taki, że ten ktoś, wykorzystując proste sztuczki marketingowe, wykreował się na milionera, mając w rzeczywistości przysłowiową dziurę w kieszeni. I na tym tworzeniu i sprzedawaniu fałszywego wizerunku dorobił się majątku.

    Jak się robi taki fake marketing? Otóż wszędzie, gdzie się da, ogłasza się, że je st się ……………. . Zamiast kropek wstawiasz odpowiednie hasełko, np. „pierwszym na świecie dwudziestoletnim milionerem, który zaczynał jako cieć w fabryce śrubek”, albo „pierwszy w Polsce zarobił milion w wieku 18 lat”. Na dobrą sprawę wszystko co o sobie napiszesz, jeżeli będzie miało ślady wiarygodności, ludzie kupią i będą w to święcie wierzyli. W tym miejscu zaczynasz zatrudniać prawdziwych marketingowców, ktorzy za prowizję zorganizują ci dziesiątki seminariów dla gawiedzi, na które wstęp bedzie kosztował setki złotych od osoby. Frekwencję masz zapewnioną, bo kto by nie chciał zobaczyć prawdziwego milionera i być może sfotografować się z nim. Taki „milioner” nie zna żadnych innych konkretów co do sztuki zarabiania, wiec będzie na tym szkoleniu posługiwał się cytatami z kilku popularnych ksiązek motywacyjnych Dave’a Carnegie, Napoleona Hilla i innych światowej klasy autorów, licząc że większość słuchaczy tych publikacji nie zna. Bo nie zna.

    Jaki pożytek z takiego szkolenia? Lżejszy portfel i cięższa od zapamiętanych frazesów głowa. Możesz iść na 100 takich szkoleń i nie posunąć się w rozwoju ani o krok. Być może dostaniesz na nich jakiś „dyplom” lub „certyfikat” i bedziesz mógł wymachiwać nim przed oczami swoich kolegów z podwórka. Czy to pozwoli ci rozwinąć firmę? Oczywiście nie, bo nic nie wiesz o tym, jak ją rozwinąć, jak posługiwać się know-how, czy jak rozliczać kredyty, albo robić biznessplan nie taki, jak w znanej ci zapewne broszurce, ale rzetelny, akceptowalny przez banki. Tego nikt nie uczy.

    Pozwolisz, żed posłużę się twoim opowiadankiem o głupim kierowcy, co nie ruszał nigdy w drogę. Być może on miał wszystko, co do ruszenia konieczne – auto, paliwo, mapy, ale NIKT mu nie powiedział, w którą stronę obrócić kluczyk w stacyjce, żeby odpalić silnik, a sam bał się eksperymentować, żeby czegoś nie zepsuć. A właśnie od tego kluczyka i stacyjki rozpoczyna się realna podróż. Co z tego, że znał wszystkie przepisy i rozróżniał czerwone światło od zielonego?

    Powadzę swoje interesy od 1977 roku, a więc dość długo, aby o działaniu w tym sektorze mieć jakieś pojęcie. Do 1999 roku takie konkretne szkolenia o funkcjonowaniu firmy organizowały cechy. Na tych szkoleniach była konkretna wiedza, a nie – skakanie po scenie i porykiwanie do mikrofonu YOU CAN DO IT. Motywację w biznesie człowiek powinien zdobyć w domu, choćby z obserwowania rodziny, żyjącej w niedostatku, a nie na kursach, gdzie mówi się o możliwości zarabiania miliardów, a nie pokazuje, jak zarabiać tysiące. Mnie do założenia pierwszej firmy zdopingował fakt, że moja ówczesna dziewczyna pochodziła z zamożnej rodziny dyplomatów i miała dużo więcej pieniędzy ode mnie. Jeździliśmy jej własnym samochodem Plymouth automatic z silnikiem 6400, wa rtym ponad 100 000 dolarów I PALĄCYM 24 LITRY NA 100 KM. Postanowilem jej dorównać i dać życie takie, do jakiego była przyzwyczajona. Nie myślałem o milionach, myslałem o tysiącach. Po 6 latach istnienia moja firma była zaliczana do 20 najlepiej funkcjonujących w ówczesnym województwie warszawskim i do 3 robiących największe obroty w spółdzielni rzemieślniczej, do której należałem. Obrót roczny miałem na poziomie 20 przedinflacyjnych milionów.

    Potem zaczęły się „szkolenia motywacyjne” na które zacząłem uczęszczać. Tak mi na nich namieszano w głowie, że w krótkim czasie straciłem prawie cały swój majątek. Uwierzyłem wówczas w potęgę marzeń, w nieograniczone możliwości, płynace z dochodu pasywnego itp. Wystarczyło kilka nierozważnych inwestycji w biznesy, które zachwalali prelegenci.

    Wróćmy do meritum. Wspomniałem o ewidentnym braku konkretów na takich szkoleniach. Nikt na nich nie naucza „papierkowej roboty”, co owocuje tym, że nowi kandydaci na milionerów albo nie mają pojęcia o obowiązujących przepisach podatkowych, albo je olewają, no bo „na szkoleniu o tym nie mówiono” jak uzasadniają swoje stanowisko. Np długo przekonywałem młodą kamdydatkę na milionerkę o tym, że musi placić ubezpieczenie w ZUS, pomimo, że ma ubezpieczenia od wszystkiego w AXA czy podobnej firmie ubezpieczenIowej. Chyba nie przekonałem, bo nadal nie zgłosiła swojej firmy do ZUS, a już minęło pół roku od jej założenia. Na kilkunastu „szkoleniach” w których uczestniczyła, nikt jej o tym nie poinformował. Inni „biznesmeni od wczoraj” padają ofiarą nierzetelnych księgowych lub pseudoksięgowych, których na rynku są tysiące. Jeszcze inni snują plany budowy firmy z milionowymi obrotami, nie mając grosza na konieczne wydatki w początkowym okresie funkcjonowania i potem popadają w niebotyczne długi. Bo sobie z tych wydatków nie zdają sprawy!

    DLACZEGO O TYM SIĘ NIE MÓWI NA TYCH SZKOLENIACH???

    Wybacz, że rozpisałem się o tych problemach, ale to, co napisałem, jest prawdopodobnie wierzchołkiem góry lodowej i być może ktoś, kto zrobi takie szkolenia z REALNEGO prowadzenia firmy, zarobi na tym grube pieniądze. O ile ci od pokrzykiwania YOU CAN DO IT wcześniej go nie zniszczą, swoimi manipulacjami i cwanymi sztuczkami nie zabiorą mu słuchaczy.

    Pozdrawiam serdecznie.

    Ryszard Jakubowski

    BTW. Ilu z faktycznych polskich najbogatszych ludzi uczestniczyło w szkoleniach w obecnej ich postaci? 5%? 10%? A może żaden. Coś w tym jest, prawda?

    • Witaj. Dziękuję za uznanie i tak obszerny i wartościowy komentarz. Owszem masz wiele racji jeśli idzie o tych ,, specjalistów od stania się milionerem” dzięki udziałowi w bardzo drogich szkoleniach. Jest to w pewnym sensie taka bańka iluzji i stoi za tym przede wszystkim sprzedaż. Przede wszystkim miliony zarabia taki ,,znawca milioner i jego świata”. Przyznam, że są wyjatki i niektóre eventy np Tony Robbins, Brian Tracy, Nick Vujicic etc.. sa naprawdę mocne, wartościowe. Uczestnik dostaje tam masę motywacji, inspiracji, case studies czasem i know how i możan poczuć się naładowanym dobra energią, entuzjazmem, optymizmem, można uwolnić się od ograniczeń i kłód jakie zwykle sami sobie rzucamy pod nogi, często człowiek sam jest swoim wrogiem największym i potrafi sabotować swój sukces. Jednkaże tak jak pisałem w art, to tylko paliwo, inspiracja, pokazanie nowej drogi, szerszej perspektywy, nowych możliwości, sposobu myślenia etc… i tę energię należy natychmiast zaprzęgnąć do działania a poznaną wiedze wdrożyć, ćwiczenia wykonywać, zminić swoje nawyki, przekonania i pracowac nad sobą, wtedy można zrobić progress. Niestety więszość uczestników tego nie robi, odkłada na póxniej, nie wdraża, nie praktykuje, oczekują cudów bez mądrej pracy nad sobą i swoimi celami, biznesem a po jakimś czasei motywacja, inspiracja ulatuje, wiedza równiez bo nie jest ugruntowana, wracają do starego sposobu myslenia, działania, nawyków a efektów wtedy niestety nie ma. Dlatego włąśnie pisze o odpowiedzialności za siebie, pracy, praktyce. Sama wiedza choćby najlpesza niewiele jest warta bez wdrozenia w życie. Wiedzieć a umiec to dwie zupełnie odległe i różne rzeczy. Pozdrawiam

  2. Tompio pisze:

    Dziękuję za szybką i bardzo rzeczową odpowiedź. Zgadzam się z zawartymi w niej tezami niemal w 100%.

    Pozwól na małą dygresję.

    Otóż w roku bodajże 1993 przez swojego znajomego trafiłem do pracy w fundacji, zajmującej się rozwojem przesiębiorczości w Polsce. Pozwól, że nie wymienię jej nazwy, żeby nie mieć potem procesów sądowych o szkodzenie jej intersom. Chodziło głównie o small business, czyli firmy jedno- lub kilkuosobowe. Miałem organizować seminaria w różnych miastach zacofanych gospodarczo rejonów Polski, czyli głównie o tzw Ścianę Wschodnią. Praca przyjemna, choć wymagająca kilku wyjazdów w teren tygodniowo. Płacili za to dość przyzwoicie. Prelegenci, sprowadzeni z Ameryki, przekonywali polskich aktualnych i przyszłych biznessmanów do budowania i rozwijania własnych firm, ale jako przykładów korzyści z tego płynących, wykorzystywali doświadczenia amerykańskich przedsiębiorców o nic niemówiących polskim słuchaczom nazwiskach. 90% z tych seminariów to były niewypały. Ludzie oczekiwali czegoś, co by pasowało do polskich realiów, a więc podpowiedzi, w jaką branże najlepiej inwestować, jak zdobywać rynki i jak radzić sobie z fiskusem. Zamiast tego otrzymywali informacje o tym, jak John Brown pewnego dnia obudził się z przekonaniem, że za pół roku bedzie milionerem i tym milionerem został, sprzedając ubezpieczenia lub lodówki Eskimosom. Wtedy w Polsce rynek ubezpieczeń raczkował, było PZU ze swoimi agentami, była bankrutująca Vesta i w zasadzie na tym koniec. Firmy te nie potrzebowały wtedy agentów terenowych z własną działalnością gospodarczą, mialy swoich etatowych. Brakowalo także Eskimosów. Zniesmaczeni ludzie wychodzili w połowie prelekcji. Ci, co dotrwali do końca, często zadawali konkretne pytania, na które amerykańscy prelegenci nie znali odpowiedzi, więc odpowiadali frazesami z ksiązek „motywacyjnych”. I zalecali ucziwść w płaceniu podatków. Często powtarzało się pytanie, zadawane przez polskich „biznesmanów”: „I co? wszystko sprzedawać na rachunek? To na czym zarabiać?”. W koncu tak wkurzyli tymi pytaniami Amerykanów, że ci opuścili Polskę nie realizując kolejnych umówionych szkoleń. Morał z tego wynika jeden: „To co dobre w Ameryce, nie sprawdza się w polskich warunkach z ludźmi o polskiej mentalności”. Mimo, że uczestnicy tamtych szkoleń wymarli lub przeszli na emeryturę, to swoją mentalność przekazali potomstwu. I nie zmieniła się formuła szkoleń. Stąd liczne grono tych, którzy po ich zakończeniu nie podejmują działalności, bo choć mocno zdopingowani do działania, nie wiedzą, jak zacząć i przebrnąć przez etap początkowy, kiedy do biznesu się tylko dokłada, nie mając żadnych lub prawie żadnych zysków nawet prze dwa lata. Oni boją się tego okresu, bo wiedza o nim lub domyślają się jego istnienia i podświadomie czują nieufnośc do tego, co usłyszeli od prelegenta. Brakuje więc tego jasnego i zrozumiałego przekazu, mówiącego, że aby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Włożyć pieniądze, włożyć swój czas i swoją energię i – w koncu osiągnąć saldo dodatnie, lub – stracić niemal wszystko, gdy coś nie wyjdzie. Brak w wielu szkoleniach tego, co po angielsku nazywa się „disclaimer”. Brakuje również wskazania dziedzin, które w obecnych realiach są „psu na budę” przydatne. A tych dziedzin są tysiące. One kwitły w czasach „powszechnego dobrobytu”, zaś dziś są idealnym źródłem bankructw. Wtedy ludzie na nich zarabiali miliony, dziś nie zarobią nawet na suchy chleb. Ale są tego nieświadomi, no bo skoro ich dziadek lub ojciec zarobili miliony, podkuwając konie, produkując tandetne częsci do Syrenek i Warszaw albo lichą biżuterię z mosiądzu, to zapewne i dziś da się z tego żyć. Nie da się.

    Myślę, że rozwiązaniem byłoby stworzenie, w oparciu o PKD, listy działalności gospodarczych, które mają szanse dobrego prosperowania na rynku i alternatywną listę takich działaności, które można zaliczyć do „muzealnych”, których produkty nie znajdą dostatecznego grona nabywców. Pierwsza listę można podzielić na kilka kategorii, np na te, co są najbardziej na rynku poszukiwane, te które dopiero zdobywają rynek, te które z niego schodzą i ich żywot będzie krótki, itp. Takie listy miałyby wartość złota. Może warto je stworzyć?

    Nie działam w branży szkoleniowej, wiec miałbym niewielkie szanse, aby te listy upowszechnić, dotrzeć z nimi do zainteresowanych… Zapewne byłyby one dobrze przyjete, jeżeli byłyby propagowane przez mentorów czy nawe coachów. Byłyby też alternatywą dla podpalania banknotów dwustuzłotowych czy zapełniania swoich szaf słoikami dla gromadzenia jednogroszówek z dedykowanym przeznaczeniem.

    Co o tym Pan sądzi?

    Pozdrawiam

    r.j.

    • Bardzo cenne są Pana komentarze, przemawia przez nie konkret, szerokie doświadczenie i duża samoświadomość i autorefleksja. Myślę, że zgodzę się z wieloma tezami a resztę zostawiam jako otwartą dyskusję wśród komentujących. Pewnie wielu czytelników, którzy trafia na Pana komentarze znajdzie w nich fajne ,, case studies” i cenne wskazówki, które mogą być przydatne we własnych poczynaniach biznesowych. Pozdrawiam

      • Tompio pisze:

        Witam i od razu na początek podzielę się refleksją… Jakoś do dyskusji, poza nami dwoma, nikt się nie kwapi. Ciężko więc będzie przedyskutować te tematy, które poruszaliśmy, w szerszym gronie.

        Przyznaję się, miałem kilka nietrafionych pomysłów, choć każdy analizowałem bardzo szczegółowo przed podjęciem działania. A potem rozgryzałem każdy drobiazg, gdy pomysł nie wypalił. I, co ciekawe, one nie wypalały tylko z jednego powodu. Posłuże się tu cytatem z filmu „Piraci Karaibów”. John Deep powiedział chyba najmądrzejsze zdanie w historii kinematografii: „Problem? Nie ma żadnego problemu. To ty jesteś problemem”. Oto odpowiedź na mój dylemat, dlaczego to wszystko nie udawało się. To JA byłem tym problemem, jedynym zresztą. Zwalałem winę na marketingowców, na wszystko, tylko nie przyznawałem się przed sobą, że problem mieszka we mnie.

        Odkryłem to dzięki Twojemu artykułowi. Dziękuję

      • Dziękuję, że mój wpis okazał się dla Ciebie pomocny. Dziękuję za życzenia noworoczne. Ja również winszuję tego co najlepsze w 2015 r. Tomek

  3. Tompio pisze:

    Cóż, 17 lat walki o przetrwanie we własnej firmie i potem wysłuchanie kilkunastu prelekcji w wykonaniu wspomnianych wcześniej Amerykanów zrobiło swoje. Moje doświadczenia są o wiele większe, tu pokazałem tylko kika najistotniejszych przypadków. A dyskutantów jakoś nie widać. Pewno coraz więcej ludzi zniechęca wpis na FB – ludzie nie chcą słyszeć, że są przyczyną swoich niepowodzeń.

    Pozdrawiam serdecznie z Nowym Rokiem.

    Miło było podyskutować z profesjonalistą. To rzadkość, bo wielu „profesjonalistów” w tej branży ma zbyt mało pokory w sobuie, aby wysłuchać głosów innych, niż ich własne.

    r.j.

    PS. chyba możemy pozostać przy formule mówienia sobie na „ty”?

    PS.PS: czy ten skrypt ma opcję powiadamiania o odpowiedziach? Byłoby to bardzo przydatne.

    • Dziękuję za cenne uwagi i refleksje. No cóż, ludzie czasem nie lubią tzw ,, niewygodnych prawd”. Możemy przejść na ,, Ty” Ryśku. Najważniejsze , aby uczyć się na błędach innych, swoich, wyciągać konstruktywne wnioski ze swych działań i zmieniać swoje strategie, sposoby, testować nowe rzeczy, aż do skutku. Pozdrawiam

  4. Tompio pisze:

    Po pierwsze trzeba nauczyć się przyznawania do własnych błędów. To chyba nazywa się „akceptacja”. Jest to proces bardzo trudny, bo często wymaga dwulicowości. Są błędy, z których wycofanie się może grozić np. ostracyzmem w swoim środowisku.

    Pozdrawiam z Nowym Rokiem.
    r.j
    PS. Wczoraj wieczorem udało i się ustalić, że jest już jakiś szkoleniowiec, który włączył porady biznesowe, o których wcześniej wspomniałem, do swoich szkoleń i chyba nawet napisał jakiś skrypt czy podręcznik na ten temat. Informacja pochodzi z trzeciej ręki, więc może być przekłamana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *